Moja Romeria…
Oglądając ten film, pomyślałam o tym, jak często w gabinecie spotykam osoby, które noszą w sobie emocje starsze od siebie. Jakby dziedziczyły nie tylko geny, ale też czyjś lęk, czyjąś stratę, czyjś wstyd.
Upalna końcówka lipca i początek sierpnia. Lato 2026.
Przemierzam drogi pomiędzy gabinetami i jogą. Próbuję pisać procesy do certyfikacji. Oglądam dużo filmów. I tak wciąż od nowa.
Wczoraj spadł deszcz. Oglądam Romeríę (reż. Carla Simón, Hiszpania, 2025).
(Romería po hiszpańsku oznacza pielgrzymkę.)
Osiemnastoletnia Marina odwiedza swoich biologicznych, dotąd nieznanych dziadków. Potrzebuje ich podpisu, by dopełnić formalności związanych ze stypendium na studia filmowe. Z pozoru krótka, techniczna wizyta przeradza się w konfrontację z przeszłością, rodzinnymi traumami, przemilczeniami i trudnymi wspomnieniami. Marina spotyka członków swojej – i jednocześnie nieswojej – rodziny. Odkrywa też pamiętnik pisany ręką matki. (Z opisu filmu od dystrybutora)
To autobiograficzna, szczera i poetycka opowieść o szukaniu tożsamości oraz cieniu epidemii AIDS w Hiszpanii lat 90.
Oglądając ten film, pomyślałam o tym, jak często w gabinecie spotykam osoby, które noszą w sobie emocje starsze od siebie. Jakby dziedziczyły nie tylko geny, ale też czyjś lęk, czyjąś stratę, czyjś wstyd.
Rodzina.
Czułe punkty.
Rytuały.
Maski.
Milczenie.
Marina w swojej wędrówce podąża za zmarłymi rodzicami. W pewnym sensie wchodzi w skórę swojej dwudziestokilkuletniej matki, próbując przeżyć jej wspomnienia całym swoim istnieniem.
I wcale nie jest to film o śmierci.
To film o tym, jak żyć ze stratą. Jak szukać siebie pośród cudzych historii. Jak próbować odzyskać własny głos, kiedy przez lata mówiło za nas rodzinne milczenie.
Romería będzie pulsować we mnie jeszcze długo po seansie.
(Fotografia nie ma związku z filmem).
Przemierzam drogi pomiędzy gabinetami i jogą. Próbuję pisać procesy do certyfikacji. Oglądam dużo filmów. I tak wciąż od nowa.
Wczoraj spadł deszcz. Oglądam Romeríę (reż. Carla Simón, Hiszpania, 2025).
(Romería po hiszpańsku oznacza pielgrzymkę.)
Osiemnastoletnia Marina odwiedza swoich biologicznych, dotąd nieznanych dziadków. Potrzebuje ich podpisu, by dopełnić formalności związanych ze stypendium na studia filmowe. Z pozoru krótka, techniczna wizyta przeradza się w konfrontację z przeszłością, rodzinnymi traumami, przemilczeniami i trudnymi wspomnieniami. Marina spotyka członków swojej – i jednocześnie nieswojej – rodziny. Odkrywa też pamiętnik pisany ręką matki. (Z opisu filmu od dystrybutora)
To autobiograficzna, szczera i poetycka opowieść o szukaniu tożsamości oraz cieniu epidemii AIDS w Hiszpanii lat 90.
Oglądając ten film, pomyślałam o tym, jak często w gabinecie spotykam osoby, które noszą w sobie emocje starsze od siebie. Jakby dziedziczyły nie tylko geny, ale też czyjś lęk, czyjąś stratę, czyjś wstyd.
Rodzina.
Czułe punkty.
Rytuały.
Maski.
Milczenie.
Marina w swojej wędrówce podąża za zmarłymi rodzicami. W pewnym sensie wchodzi w skórę swojej dwudziestokilkuletniej matki, próbując przeżyć jej wspomnienia całym swoim istnieniem.
I wcale nie jest to film o śmierci.
To film o tym, jak żyć ze stratą. Jak szukać siebie pośród cudzych historii. Jak próbować odzyskać własny głos, kiedy przez lata mówiło za nas rodzinne milczenie.
Romería będzie pulsować we mnie jeszcze długo po seansie.
(Fotografia nie ma związku z filmem).