Ta Chwila...
Jest godzina 16:45 czasu lokalnego. Wszystko na swoim miejscu i w układnej zgodzie.
Idę z psem ulicą Wolności.
W słuchawkach nowa płyta Taco.
Gdzieś na świecie świeci słońce. Tutaj obejmuje mnie szarość, mgła i ciemność. I trochę dymu z komina naprzeciw.
Jest godzina 16:45 czasu lokalnego. Wszystko na swoim miejscu i w układnej zgodzie.
(Innej chwili nie będzie.
Ta jest w zupełności doskonała.)
Na ostatniej jodze przed świętami czytałyśmy ten oto cudowny wiersz.
Chwila
Wisława Szymborska
Idę stokiem pagórka zazielenionego. Trawa, kwiatuszki w trawie jak na obrazku dzieci.
Niebo zamglone, już błękitniejące. Widok na inne wzgórza rozlega się w ciszy.
Jakby tutaj nie było żadnych kambrów, sylurów, skał warczących na siebie, wypiętrzonych otchłani, żadnych nocy w płomieniach i dni w kłębach ciemności.
Jakby nie przesuwały się tędy niziny w gorączkowych malignach, lodowatych dreszczach.
Jakby tylko gdzie indziej burzyły się morza i rozrywały brzegi horyzontów.
Jest dziewiąta trzydzieści czasu lokalnego.
Wszystko na swoim miejscu i w układnej zgodzie.
W dolince potok mały jako potok mały.
Ścieżka w postaci ścieżki od zawsze do zawsze.
Las pod pozorem lasu na wieki wieków i amen, a w górze ptaki w locie w roli ptaków w locie.
Jak okiem sięgnąć, panuje tu chwila.
Jedna z tych ziemskich chwil proszonych, by trwały.
W słuchawkach nowa płyta Taco.
Gdzieś na świecie świeci słońce. Tutaj obejmuje mnie szarość, mgła i ciemność. I trochę dymu z komina naprzeciw.
Jest godzina 16:45 czasu lokalnego. Wszystko na swoim miejscu i w układnej zgodzie.
(Innej chwili nie będzie.
Ta jest w zupełności doskonała.)
Na ostatniej jodze przed świętami czytałyśmy ten oto cudowny wiersz.
Chwila
Wisława Szymborska
Idę stokiem pagórka zazielenionego. Trawa, kwiatuszki w trawie jak na obrazku dzieci.
Niebo zamglone, już błękitniejące. Widok na inne wzgórza rozlega się w ciszy.
Jakby tutaj nie było żadnych kambrów, sylurów, skał warczących na siebie, wypiętrzonych otchłani, żadnych nocy w płomieniach i dni w kłębach ciemności.
Jakby nie przesuwały się tędy niziny w gorączkowych malignach, lodowatych dreszczach.
Jakby tylko gdzie indziej burzyły się morza i rozrywały brzegi horyzontów.
Jest dziewiąta trzydzieści czasu lokalnego.
Wszystko na swoim miejscu i w układnej zgodzie.
W dolince potok mały jako potok mały.
Ścieżka w postaci ścieżki od zawsze do zawsze.
Las pod pozorem lasu na wieki wieków i amen, a w górze ptaki w locie w roli ptaków w locie.
Jak okiem sięgnąć, panuje tu chwila.
Jedna z tych ziemskich chwil proszonych, by trwały.